niedziela, 26 lutego 2017

KULTURALNA SPOWIEDŹ I


 książki, zeo waste, beyonce, formation

Jest końcówka lutego. W związku z tym zapraszam Was na kulturalne podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy. Dwóch? Dlaczego taki dziwny przedział czasowy? A no nie wiem. Tak o. Miesiąc to za mało, a trzy to za dużo. Są więc dwa. Nie wiem jeszcze, czy stanie się to jakiś cykl na blogu, ale może co jakiś czas podzielę się z Wami tym, co na mnie w danym czasie wpłynęło. Spis pogrupowałam na 5 (na razie) kategorie od najukochańszej do tych lubianych. Dlaczego nie ma muzyki? Przeczytajcie w tym poście. Już nie przedłużam. Zapraszam.

Teatr:
Posucha. Co ja będę mówić. Tylko 3 spektakle to skandal. W dodatku obydwa przeżyte w styczniu. 

  1. Trylogia reż. Jan Klata. Narodowy Stary Teatr Kraków. To szósty raz, kiedy miałam okazję powrócić do niespokojnych czasów wraz z leżącymi w czarnej kaplicy Zagłobą, Azją, Wołodyjowskim, Oleńką, Radziwiłłami, Kmicicem i wieloma innymi. Uwielbiam ten spektakl i serdecznie zachęcam każdego, kto znajdzie się na ulicy Jagiellońskiej w Krakowie, aby dał się zaczarować. Łzy lecą za każdym razem, gdy z ust ludzi idących na śmierć słychać "Nic to.". 
  2. Indianie reż. Justyna Sobczyk. Nowy Teatr, Instytut Teatralny Warszawa. Spektakl grany przez aktorów z zespołem Downa i autyzmem. Dla młodszych widzów. Magiczny. Czarująca muzyka, mnóstwo dobrych emocji, wspaniała energia, radość. Każda następna produkcja Teatru 21 sprawia, że robi mi się ciepło na sercu.
  3. Horror reż. Jakop Ahlbom w ramach festiwalu Materia Prima w Krakowie. Przyznam się. Nigdy nie widziałam żadnego horroru. Ten był pierwszym. Szłam do teatru z lekkim rozbawieniem, nie wierząc, że spektakl naprawdę może być straszny. No cóż. Byłam w ogromnym błędzie. To było coś niesamowitego. Muzyka, światło, kostiumy, efekty specjalne, ruch aktorów, światło. Wszystko odbywało się bez słów, a było tak prawdziwe. W filmie zapewne nie zrobiłoby to na mnie aż takiego wrażenia. Lewitujące ciało, odcinanie ręki, ruszające się krzesła i znikające postaci są stosunkowo łatwe do zrobienia w erze komputerów i grafików. Jednak zawsze uważałam, że prawdziwość teatru kończy się w momencie, gdy kogoś na scenie trzeba zabić, okaleczyć. Wtedy to już tylko zgaszone światło i krzyk. Jakie było moje przerażenie, gdy zobaczyłam podrzynane gardło. Prawie takie samo, gdy z wanny pełnej wody zaczęły wychodzić kolejne postaci. To naprawdę był najbardziej niesamowity spektakl, który przeżyłam i, pomimo że raczej nikt z Was nie poczuje tego, co ja, ponieważ jest on produkcji holenderskiej, to piszę to dla wszystkich niedowiarków, którzy nie boją się teatru. Bójcie się, bo jeśli dalej tak pójdzie, to filmowe horrory wyginą za sprawą tych teatralnych.

Teledyski:
Część sztuki, która ma na mnie ogromny wpływ. Jest połączeniem wszelkich innych sztuk. Teatru, mody wideo, makijażu, tańca i oczywiście śpiewu. A przez to, jak łatwo jest dostępna, super byłoby, gdyby rozwijała się prężnie i zdobywała coraz większe zainteresowanie.

  1. Laura Mvula "Overcome". Piękna kobieta. Piękna piosenka. Piękne wideo. Piękno jest tam namacalne. Piękno ludzkiego ciała. Emocji. Tańca. Cudowne.
  2. Ivy Levan "The dame says". Niesamowicie silne Lyrics Video. Odgoni każdą niepewność, każdy zły dzień, słabość.
  3. Die Antwoord "Ugly boy". To właśnie prawdziwa sztuka. Tak straszna, obrzydliwa, odrażająca, przerażająca, że aż prawdziwa. 
  4. Beyonce "Formaton". Mam nadzieję, że już każdy widział ten teledysk. Zrobił on na mnie największe wrażenie ze wszystkich video klipów gwiazdy (co wcale nie było trudne, bo nie przepadam za jej twórczością). Silny. Mocny. Prawdziwy. Ostry. Czarny. W końcu. 

Książki:
Jak na dwa miesiące, szkołę, ilość obowiązków, to pięć książek (i to jakich), jest wynikiem bardzo dobrym. Tematyka dość różnorodna, ale przeważa literatura (teoretycznie!!) młodzieżowa, co nikogo chyba nie dziwi. Nie ma tutaj lektur szkolnych, ale to nie z mojego wyboru. Ja po prostu żadnej w tym roku nie przeczytałam. Stwierdziłam, że mam ciekawsze książki w zanadrzu i się nie pomyliłam. Jednak, jeśli coś okaże się godne moich oczu, z pewnością nie omieszkam o tym napisać. Ale teraz zaczynajmy: 

  1. Joanna Bator "Piaskowa Góra". Nowy rok zaczęłam z grubej rury. I nie zawiodłam się, Czytanie tej książki było niesamowitym doświadczeniem pełnym pędzących myśli, a często też zakłopotania. Jest to dla mnie bardzo ważna lektura. Tym bardziej że jest to chyba pierwsza tak poważna książka, którą przeczytałam sama z siebie. Niezwykle polecam i już nie mogę się doczekać zanurzenia w drugiej, a potem trzeciej części.
  2. Matthew Quick "Wszystko to co wyjątkowe". Przyjaciółka podała mi ją z wypiekami na twarzy, mówiąc, że MUSZĘ to przeczytać. Nie podzielam jej zachwytu nad tą książką, ale muszę przyznać, że jest bardzo wciągająca i mądra. Gdybym sięgnęła po nią jakieś 2 lata wcześniej, z pewnością zmieniłaby wiele w moim myśleniu. Polecam więc każdemu nastolatkowi niezależnie od płci.
  3. Dawn'O'Porter "Papierowe Samoloty". Przeczytane przeze mnie już po raz trzeci. Chyba najlepsza i najprawdziwsza powieść o przyjaźni, jaką czytałam. Autorka nie bawi się w eufemizmy i nie jest delikatna. Nie pieści czytelnika, tylko przygniata go prawdziwą historią, aby za chwilę wyczarować na jego twarzy uśmiech. Taka właśnie jest przyjaźń Flo i Renee. Tak jest ta książka. Pełna łez. Radości, smutku, frustracji, złości, rozpaczy, uciechy, wolności. Pomimo że jest o nastolatkach, polecam przede wszystkim osobom dojrzałym lub dorosłym. Mówi wiele o nas. Tych dorastających.
  4. Bea Johnson "Zero Waste Home". Kiedy zobaczyłam ten tytuł w sekcji anglojęzycznej w Dussmann'ie, prawie doatałam zawału. To TA książka TEJ kobiety, przez którą zaczęłam zawijać swoje drugie śniadanie w ścierki, przestałam pić butelkowaną wodę, nie piję torebkowaną herbatę, terroryzowałam rodzinę, aby zbierała ogryzki po jabłkach i łupiby pomarańczy, a potem czekałam na ocet, którym teraz zmywam wszystkie brudy, trzymam pod zlewem zapas szklanych słoików i butelek, wypominam mojemu koledze codzienne plastikowe siatki na kanapkę. Tyle chyba wystarczy, by zapewnić o magicznych właściwościach tej książki, która otwiera oczy na zło tego świata, na naszą lekkomyślność i bezrefleksyjność. Jeśli nie chcecie od razu zagłębiać się w książkę (Która jednak jest napisana bardzo przyjemnie, przystępnym językiem i podzielona jest na uporządkowane rozdziały), to wygooglajcie chociaż "zero waste" i obejrzyjcie Beę mówiącą o swoim życiu, To zmieni wasze życie.
  5. Alice Broadway "Ink". Następna anglojęzyczna pozycja w języku angielskim. Równie wspaniała, co poprzednia, jednak kompletnie odmienna. Jest to bowiem baśń. Baśń PRZEPIĘKNA, zachwycająca i wciągająca jak mało co. Nie lubię kompletnie fantasy, since-fiction, paranormal, czy czegokolwiek innego, co jest oderwane od ziemi. Uwielbiam za to poznawać bohaterów dogłębnie, ich historie, emocje, życie, uczucia, relacje. Dlatego tak uwielbiam tę książkę. Poznajemy historię młodej dziewczyny żyjącej w świecie, gdzie wszystkie twoje czyny są wytatuowane na tobie. Bohaterka książki w trakcie trwania opowieści musi zmierzyć się z tajemnicami, które pokażą jej, że nie ma świata, w jaki wierzyła. Pokażą, że to, w czym żyła nie było prawdą. Pokażą prawdziwe oblicze jej rodziny, przyjaciół, wrogów. Pokażą, ile warta jest prawda. Pokażą coś, co każdy z nas powinien odkryć. Pokażą, że nie ma Dobra i Zła. Nie ma Uciskanych i Uciskających. Nie ma Czarnego i Białego. Nie ma Morderców i Mordowanych. Nie ma Oprawców i Ofiar. W kontekście tego, co się dzieje na świecie, powieść ta zmieniła moje podejście i myślenie o ludziach, którzy myślą inaczej niż ja. 

Filmy:
Widząc listę poniżej, zapewne zaśmiejecie się, gdy napiszę, że wcale nie przepadam za filmami i nie robią one na mnie prawie żadnego wrażenia. Jednak w ostatnim czasie po obejrzeniu na samym początku roku "Dobrze się kłamie...", odzyskałam wiarę w kinematografię. Chyba mój ulubiony film. Naprawdę. Takie emocje. Piękny język. Niesamowity pomysł. Cudo. Niestety później było już tylko gorzej. Na "Łotrze..." prawie zasnęłam. "Piękno..." było przykrym rozczarowaniem, poza krótkimi momentami. "Drzewo..." było jedną wielką męczarnią od momentu pojawienia się na ekranie Brada Pitta i kreowanej przez niego postaci amerykańskiego-konserwatywnego-superprzystojnego-apodyktycznego-ojca-okropnego-tyrana. Tylko "Metropolis" obejrzane przeze mnie po raz pierwszy, poprawiło ten smutny, filmowy czas. Słyszałam o tym filmie wiele, ale dopiero po przeżyciu tego na własnej skórze, zrozumiałam, o co ten cały szum. Nie oglądałam, jednak wersji oryginalnej, ale z dodaną muzyką. Niestety nie pamiętam przez kogo, ale były to rytmy z drugiej połowy XX wieku.
Z racji, że się rozpisałam, wstawiam tylko suchą listę.

  1. "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" reż. Paolo Genovese
  2. "Gwiezdne Wojny. Łotr I." reż. Gareth Edwards
  3. "Ukryte piękno" reż. David Frankel
  4. "Drzewo życia" reż. Terrence Malick
  5. "Metropolis" reż. Fritz Lang

Inne:
  1. Warsztaty Master Class w ramach konkursu "Za czy przeciw? Opowiedz swoją historię" z Mirkiem Kaczmarkiem, MICET Kraków. Z tych warsztatów mam tyle myśli kłębiących się w głowie, że na pewno pod ich wpływem powstanie niejeden post. W związku z tym mogę Wam tylko polecić następne warsztaty organizowane w micecie przy Jagiellońskiej w ramach wyżej wymienionego konkursu (aby uczestniczyć w warsztatach, wcale nie trzeba startować!), które odbędą się w sobotę, a poprowadzi je Maćko Prusak, a tematem będzie ciało. Teoretycznie trzeba było wcześniej się zapisać, ale ja na poprzednie przyszłam "z ulicy" i nikt mnie nie wyrzucił. Naprawdę warto!

Napisane przy: Joanna Newsom "Emily"
Jadwiga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz