poniedziałek, 8 maja 2017

SZKOŁA A EDUKACJA DOMOWA



Czuję, że ten tekst będzie naprawdę trudny. Ze względu na tematykę, kontrowersyjność, ilość mitów, jakie narosły dookoła, stereotypy, które nami kierują, nasze uprzedzenia, ale przede wszystkim ze względu na multum galopujących w mojej głowie myśli, których nie umiem pozbierać. No cóż... Postaram się. Kieruję te słowa bezpośrednio do Sergiusza, który jest uczniem w edukacji domowej. Ten list jest odpowiedzią na jego wywiad. Proszę przeczytajcie najpierw, co on ma do powiedzenia, a dopiero potem zagłębcie się w ten list.
Drogi (wiem, że tak niespodziewanie "drogi", bo się nie znamy, ale co mi tam, mam nadzieję, że się nie obrazisz) Sergiuszu!

Właśnie skończyłam czytać coś naprawdę niesamowitego. Wywiad z trzynastolatkiem. Dziwne prawda? Był to wywiad z Tobą. Z synem Twojej niesamowitej mamy - Kornelii. Uczysz się w domu. Nie chodzisz do szkoły. I dla mnie nie ma i nie powinno być w tym nic zaskakującego, ponieważ znam kilka osób, które również omijają placówki oświatowe szerokim łukiem. Jednak nigdy nie słyszałam od takiej osoby żadnego porządnego argumentu. No chyba że za "porządny argument" uznamy wypowiedź "Nie muszę się uczyć." Dlatego moja szczęka opadała coraz niżej, a moje małe oczy otwierały się coraz szerzej, gdy czytałam Twoją rozmowę z mamą. Nie mogłam uwierzyć, że tak prawdziwie mądre słowa, które naprawdę wiele mi uświadomiły, artykułowane są przez chłopaka, który jest ode mnie trzy lata młodszy. A sam najlepiej wiesz, ile to jest w tym wieku trzy lata. Wieczność.

I piszę ten tekst, ponieważ, pomimo że z ogromną ilością Twoich słów się zgadzam i są one niezwykle wstrząsające (w dobry sposób), to chciałabym tak publicznie pokazać Ci, że ta moja szkoła wcale nie jest taka zła. Może w ten sposób sama poukładam te wszystkie latające myśli, które uwolniły Twoje słowa.



Muszę zaznaczyć, że tak sam,o jak Twoja wypowiedź jest nacechowana Twoimi emocjami i Twoim (niewątpliwie silnym) charakterem, moja również będzie odnosić się do moich odczuć, przeżyć i preferencji.

Zacznę od czegoś, co najbardziej mnie zszokowało i naprawdę uderzyło, we wszystko w co wierzyłam.

"M.: Nie chciałbyś chodzić do szkoły?
S.: Nie.
M.: Dlaczego?S.: Bo byłbym w zupełnie obcym, tak zwanym „normalnym”, a właściwie nienormalnym środowisku!
M.: Aha.
S.: Zupełnie sztucznym!(...)
A dodatkowo właściwie w żadnym środowisku nie ma czegoś takiego jak kontakty (tylko) z rówieśnikami. Jedynym takim środowiskiem jest właśnie szkoła. Czyżby to oznaczało, że szkoła przygotowuje do życia w szkole?!"



Kiedy spotykałam osoby nauczane w domu, były to zawsze osoby mające problemy z kontaktami międzyludzkimi. Ponieważ, jak wiesz (albo i nie, bo zapewne nie czytasz mojego bloga ;)) ja mam fioła na punkcie społeczeństwa, relacji, przepływu energii, wpływu, jaki jedna osoba ma na drugą. Dlatego wizja dziecka, czy nastolatka mającego kontakty głównie z rodzicami i rodzeństwem, przerażała mnie. Myślałam dokładnie, tak jak napisałeś, że "edukacja domowa nie pozwala nawiązywanie kontaktów społecznych". Ja również mam dwójkę rodzeństwa - dwie siostry, więc dla mnie pięć osób, to nie było żadne społeczeństwo. Dla mnie społeczeństwo oznaczało dużą, ogromną grupę ludzi w jednej kupie. I wydawało mi się, że właśnie szkoła jest miejscem, gdzie uczą nas, jak się w takiej kupie zachowywać. Bo przecież większość z nas będzie chodziła do pracy, do właśnie takiej kupy ludzi, i będzie musiała sobie z nimi poradzić. Niestety pomijałam jeden, bardzo ważny jak się okazało szczegół - przecież w pracy, nikt nie spotyka ludzi TYLKO w wieku 32 lat, albo TYLKO 45. Nie... 

Ale potem zaczęłam myśleć: "To skoro to jest takie bez sensu, to jak to możliwe, że właśnie tak jest ta nasza edukacja skonstruowana? Czy ludzie są aż tak głupi?". I wiesz co? Oświeciło mnie. Przypomnij sobie, jak zaczęłam ten list. Te o tym, że w naszym wieku trzy lata to wieczność. I uświadomiłam sobie, że im starsi się stajemy, tym mniej ta różnica wieku ma znaczenie. Przecież ludzie pobierają się, pomimo że różni ich np. 3, 5, 7 lat, a nie ma to dla nich znaczenia. Więc tak naprawdę, możemy powiedzieć, że społeczeństwo w wieku produkcyjnym 18-67 lat (mniej więcej, bo te widełki są coraz większe), jest tak naprawdę społeczeństwem rówieśniczym. Idąc tym tokiem myślenia, możemy stwierdzić, że szkoła (lepiej lub gorzej) przygotowuje nas do życia w normalnym społeczeństwie. A jeśli do tego "doświadczenia" szkolnego, dodamy doświadczenie, jakie (prawie) każdy z nas ma w domu, to wychodzi nam naprawdę kompleksowe przygotowanie do dorosłości.

"S.: Nie rozumiem, dlaczego ktoś nawiązuje kontakty zupełnie przypadkowo! W szkole muzycznej na przykład, niektórzy są kolegami tylko dlatego, że chodzą do jednej klasy! Jakoś tego nie rozumiem."

Zgodzę się z Tobą, że to niezrozumiałe, dlaczego ludzie "dobierają" się tak zupełnie przypadkowo. To, czy trafiliśmy do oddziału a, b, albo c, nie powinno nas w żaden sposób ograniczać. I ja sama, najlepszych przyjaciół poznałam właśnie poza szkołą, na treningach Aikido, ponieważ właśnie to nas łączyło. Jednak wyobraź sobie, że idąc do pierwszej klasy w wieku siedmiu lat, musiałbyś się określić, tak jak idąc do gimnazjum, czy liceum. Musiałbyś wybrać, czy chcesz uczyć się matematyki, języków, przyrody, czy muzyki, tylko po to, aby nie było przypadku, i Twoi koledzy byli nimi, ze względu na to, co Was łączy. Moim zdaniem byłoby to straszne. Jeśli tak się na ten nasz świat popatrzymy, to najczęściej znajdujemy kolegów, przyjaciół, sympatie, właśnie przez przypadek. Bo, ta jak sam powiedziałeś, że dla Ciebie kolegą jest " Ktoś, kto po prostu.. no nie wiem. Ktoś, z kim dobrze się rozumiem.", bez względu na jego czy jej zainteresowania. Nawet na moich treningach Aikido, czy na jakichkolwiek innych "tematycznych" zajęciach, są osoby, których po prostu nie polubię, tak samo, jak Ty byś nie polubił wszystkich zainteresowanych książkami i grami RPG. Ludzie są na tyle skomplikowani, że nie da się ich poukładać w szufladki i nakleić im etykiety. Próbują tego dokonać różne portale randkowe, ale koniec końców i tak o wszystkim decyduje jakaś siła wyższa, którą ja nazywam Bogiem, ale dla niektórych jest to po prostu właśnie przypadek.


"M.: Aha. W czym edukacja domowa jest lepsza od szkoły?
S.: Szkoła to jest taki sztuczny system, który pozwala na edukację we wszystkich dziedzinach równomiernie, tak że wszyscy mają właściwie to samo wykształcenie.
M.: Aha.
S.: Natomiast edukacja domowa nie polega na tym, żeby robić szkołę w domu, chociaż niektórzy tak ją rozumieją. Ja rozumiem to w taki sposób, że chodzi o rozwijanie swoich zainteresowań. Żeby przyszła praca była czymś, co sprawia przyjemność albo chociaż jest ciekawe. Żeby zrobić sobie pracę ze swojego hobby, albo chociaż wymyślić jakąś pracę, która nie będzie za bardzo przeszkadzać, którą mogłoby się wykonywać, ale mieć też czas na realizację swojego hobby. I żeby z niego też mieć jakieś małe zyski, ale to są już kwestie bardziej skomplikowane.
M.: Sądzisz, że to właśnie dlatego edukacja domowa jest lepsza?
S.: Tak, bo pozwala rozwinąć swoje zainteresowanie!"

Wiele osób (również tych, które do niej chodzą) patrzy na szkołę, jako na miejsce, które służy do zabierania czasu i nauczania niepotrzebnych rzeczy. O zabieraniu czasu napiszę za chwilę, a na razie skupię się na uczeniu wszystkiego, nawet tego, co danej osoby nie interesuje. Mnie również to denerwowało. Nie mogłam zrozumieć, po co mi te maszyny, oporniki i inne estry, skoro ja chcę się ludźmi zajmować. Właśnie. Ja w każdym momencie mojego (krótkiego) życia mam pomysł na to, co z nim zrobię. Zawsze. Ale już moja siostra, bardzo denerwowała się, gdy musiała wybrać profil klasy w gimnazjum. Dlaczego już musi się decydować? Czy to nie zamknie jej innych drzwi, ścieżek? Ona wolałaby najpierw wszystko dokładnie poznać, przekonać się o możliwościach nie strzelać "w ciemno". I właśnie o to chodzi w tej przeklętej podstawie programowej, o poznanie każdej dziedziny po trochu. Dopiero gdy wszystkie już poznamy, możemy wybrać, które z nich, są tymi, którymi chcemy poświęcić nasz cenny czas. I właśnie to robi się w liceum, ma się sprecyzowane zainteresowanie, które się rozwija na zajęciach specjalnie do tego przeznaczonych (taka jest teoria, za kilka miesięcy sama się przekonam ile w tym prawdy). Każdy więc poświęca swój czas na swoje zainteresowania, ale dopiero w momencie, gdy są one w miarę możliwości "ustawione".


"M.: Sądzisz, że to właśnie dlatego edukacja domowa jest lepsza?
S.: Tak, bo pozwala rozwinąć swoje zainteresowanie!
M.: A dlaczego szkoła nie pozwala?
S.: Bo zabiera czas!!!"

Kolejny mit, w który bardzo długo wierzyłam. Wiesz, kiedy przestałam? Kiedy rodzice opowiedzieli mi o dzieciach, które nie mogą się uczyć. Nie tylko w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, ale też w Polsce na wsiach, gdzie najczęściej młodzież w moim wieku, po zakończeniu gimnazjum idzie do pracy, aby pomóc swoim rodzicom. A potem pewnego dnia w gazecie znalazłam szokujące zdjęcie. Przedstawiało uczniów z Korei, którzy aby nie ściągać mieli podczas egzaminu założone na głowę kartony. To zdjęcie wisi teraz przede mną nad moim biurkiem. Zawsze, gdy złoszczę się, że tyle czasu zajmuje mi nauka i, gdy już naprawdę myślę, że to jest czyste zło i, gdy mam ochotę po prostu odejść od książek i już nigdy ich nie otworzyć, patrzę na to zdjęcie i uświadamiam sobie, że nie jest dobrze, ale jest tyle dzieci, które chciałoby siedzieć tutaj za mnie, albo dzieci, które są traktowane jak przestępcy. Ja mogę przez te kilka godzin dziennie korzystać z wiedzy mniej lub bardziej cudownych ludzi, którzy wstają codziennie po to, aby ludzie byli po prostu lepsi. Aby świat był lepszy. I to się liczy. I pomimo że czasami jest naprawdę ciężko, to wiem, że nawet z lekcji z najgorszym nauczycielem, da się coś wynieść i jestem niemal pewna, że nie dałabym sobie rady bez nauczycieli.


Jeszcze dwa słowa o społecznym wymiarze nauki w szkole. Nie wiem jak Ty, ale ja jestem w stu procentach zwierzęciem stadnym. Dlatego obecność trzydziestu innych osób i nauczyciela, działa na mnie motywująco. Po prostu sprawia mi przyjemność robienie czegoś razem z innymi, słuchanie razem z innymi, dyskutowanie z innymi. Dzięki temu, jak różne, przypadkowe osoby mam w klasie i dzięki różnorodności nauczycieli i różnym metodom przez nich stosowanym, mam szeroki pogląd na wiele spraw. Gdy Ty uczysz się z mamą, informacje są przesiewane przez jej własne sito, nawet jeśli chce ona być jak najbardziej neutralna. To jest trochę jak ta sytuacja. Sama nigdy bym nie wpadła na tak mądre argumenty za edukacją domową, a dzięki Tobie moje postrzeganie się zmienia. Tak samo jest w klasie.

Na koniec chciałabym tylko podziękować Ci za ten niesamowity wywiad i podzielenie się Swoimi doświadczeniami. Pozdrawiam Ciebie i Twoją mamę serdecznie! Życzę sukcesów nie tylko na polu naukowym!

Jadwiga

A ci, którzy wytrwali w nagrodę otrzymują link do bloga Kornelii, czyli mamy Sergiusza. Z tego właśnie bloga pochodzą wszystkie cytaty.