poniedziałek, 24 września 2018

MÓJ PROBLEM Z PRAWDZIWĄ MIŁOŚCIĄ



Mamy poważny problem. My, jako ludzie po prostu. Rościmy sobie prawo do rozstrzygania, co jest prawdziwe, a co nie dodatkowo używając do tego jakichś chorych kryteriów. Dzisiaj będzie o tym, jak dyskredytujemy cudze, i swoje z resztą też, uczucia. Konkretniej o miłości dzisiaj będzie, bo to ona najczęściej chyba występuje w dwóch postaciach. 

Mamy oto Prawdziwą Miłość ludzi dojrzałych, często nawet starszych, koniecznie małżeńską, taką, która już od dwudziestu lat co najmniej nieprzerwanie trwa niezmiennie, przezwyciężyła choroby, kłótnie, życiowe przeszkody, naznaczona jest poświęceniem i licznymi ofiarami.

Mamy też tę nieprawdziwą miłość najczęściej nazywaną z resztą lekceważąco zauroczeniem - tę należącą do młodych ludzi, tę szaloną, zwariowaną, pełną motyli w brzuchu i nieopatrznie wypowiadającą wielkie słowa. Tę, która przecież nawet nie jest miłością, bo trwa za krótko, bo ci ludzie to w ogóle za mali są na Prawdziwą Miłość, bo to tylko dziecinada.

Pomiędzy nimi nie ma nic, zero spektrum, zero odcieni szarości. I nikt nie pamięta, że te małżeństwa z trzydziestoletnim stażem też kiedyś były parą zwariowanych podlotków.

Zawsze mi się wydawało, że wiek nasz dwudziesty pierwszy jest czasem gloryfikacji młodości. Wszystko jest piękne, jędrne, nieskazitelne, kolorowe. Wszyscy powinni być energiczni, wygadani, charyzmatyczni. ,,Młodość, osobowość, wyszczekanie!" A tu się okazuje, że tylko to, co stateczne, poważne, trwające od dawien dawna ma jakąkolwiek wartość. Że ilość (lat) równa się jakości (miłości). I szlag trafia wszelkie mądre koszulki i minimalistyczne plakaty z pięknym napisem ,,quality over quantity".

Czy żeby istnieć, trzeba istnieć długo? Czy niemowlaki nie są prawdziwymi ludźmi? Czy szczeniaczki nie zasługują na miano psa? A co z sadzonką, która pretenduje do miana drzewa? Ile to w ogóle jest ,,długo"? Trzy miesiące? Lata? Dekady? Kto ustala granicę? Czy jeszcze dzień przed trzecią rocznicą związku, uczucie nie jest prawdziwe? Czy każda para, która wytrzymała ze sobą dwadzieścia lat, kocha się miłością najprawdziwszą na świecie?

Czy nowo narodzone dziecko nie kocha swojej Mamy naprawdę? Przecież żyje dopiero kilka godzin. A co z miłością jego rodziców? Trwa tak krótko. Czy ważkość uczucia, jego krótkotrwałość lub ulotność wyklucza jego prawdziwość? Przecież ono w momencie trwania, jest najprawdziwsze, najsilniejsze i często najważniejsze, dla osoby, która je odczuwa. Nasza chłodna, zewnętrzna, zdroworozsądkowa opinia nic tutaj nie zmieni.

Druga sprawa to poświęcenie. Bez niego przecież każde uczucie jest nic niewarte. Wiadomo, że osoby szczęśliwe, zdrowe, wykształcone, najedzone i zadbane się nie kochają. Prawdziwa miłość wymaga wypruwania sobie żył dla drugiej osoby, oddania życia i ogromnego cierpienia. Całe szczęście, że wypadki chodzą po ludziach i to oczywiście parami. Bogu dzięki za te wszystkie choroby, niepełnosprawności, za nędzę ubóstwo i traumy.

Wybaczcie niestosowną może ironię, ale inaczej absurdu myślenia wielu z nas pokazać nie jestem w stanie.  Tak, jak gloryfikujemy starość, zachwycamy się również cierpieniem. A to nie jest zdrowe. I oczywiście, zgodzę się, że poświęcenie dla drugiej osoby, pomoc jej w najtrudniejszych momentach i przeżywanie ich wspólnie cementuje relację i jest piękne. Jednak nie zgadzam się na wykorzystanie bólu i cierpienia, jako mierników prawdziwej miłości. Bo radościami również trzeba umieć się dzielić.

Tak na zakończenie wniosek ogólny dla tych, co przyszli po prostu po moje zdanie i przewinęli miliony linijek powyżej, aby do tego oto podsumowania dotrzeć. Odwołuję początek; Nie my, jako społeczeństwo mamy problemem z Prawdziwą Miłością - ja mam z nią problem. Są nim ludzie, którzy roszczą sobie prawo do decydowania o tym, która relacja zasługuje na to miano. Odpowiadam: 
Prawdziwa Miłość to taka, którą zdecydują się tak nazwać osoby ją odczuwające.
Jadwiga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz